• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

„Tylko głupiec się nie boi”

Email Drukuj PDF
„Tylko głupiec się nie boi”
Rozmowa z Leszkiem Kołtunem, wielokrotnym mistrzem kickboxingu i kolarstwa szosowego.

Wykładowca Ośrodka Szkoleniowego Służby Więziennej w Golinie, instruktor odnowy biologicznej, samoobrony, ćwiczeń siłowych i kulturystyki, strzelectwa, boksu, międzynarodowy militarny instruktor IMCF, ratownik WOPR, czterokrotny Mistrz Polski w kolarstwie szosowym, czterokrotny Mistrz Polski i dwukrotny Mistrz Świata federacji WKN w formule low-kick, indywidualny trener, kochający mąż i ojciec dwóch córek...Jak udaje Ci się pełnić tyle funkcji naraz i wciąż być w świetnej formie, odnosząc kolejne sukcesy?

Obecnie jestem w przygotowaniach do kolejnej walki i coraz więcej czasu poświęcam na treningi i faktycznie jestem w świetnej formie. A czemu to zawdzięczam? Tylko i wyłącznie samozaparciu, samodyscyplinie i podporządkowaniu całego dnia pod trening i oczywiście wyrozumiałości ze strony rodziny. Zdecydowanie więcej czasu w ciągu dnia spędzam poza domem – rano do pracy, po pracy na trening, a gdy z niego wracam jestem skrajnie wyczerpany i serce mi pęka, gdy ja, zamiast bawić się z moimi dwiema wspaniałymi córkami, nie mam na nic siły. Sam trening nie zabiera mi tyle czasu, bo trwa dwie godziny, ale najbardziej czasochłonne są dojazdy. Pracę kończę o godzinie 15:00 i potem muszę dostać  się do Legnicy lub Lubina, a to jest około godziny drogi w jedna stronę.


Co było pierwsze – rower czy ring?

Zdecydowanie rower, bo był  ze mną od dziewiątego do dziewiętnastego roku życia, a dopiero na studiach zdecydowałem się na kickboxing. Te kolorowe stroje kolarzy przejeżdżających w wyścigu pokoju przez moją wioskę koło Torunia, wygięte kierownice – to było najfajniejsze w tym wszystkim. Teraz można kupić te rzeczy w sklepach, wtedy tego nie było, trzeba było być prawdziwym zawodnikiem, żeby mieć taki strój, taki rower...

Pamiętasz swój pierwszy rower?

Tak, nawet bardzo dokładnie. Kupiłem go za pieniądze, jakie dostałem na pierwsza komunię. Wówczas były modne motorynki i wszyscy chłopcy je kupowali, ale ja miałem bzika na punkcie sportu i musiałem mieć rower. Poszedłem z tatą na rynek w Toruniu, gdzie nieopodal mieszkałem. W sklepie wtedy nie było takich rzeczy, więc poszliśmy właśnie na targ, gdzie ujrzałem moje spełnienie marzeń – turystyczna kolarzówka z błotnikami, bagażnikiem i lampką, przerzutkami i wygiętą kierownica, co było dla mnie najważniejsze. Kosztowała, do dziś pamiętam, 115 tysięcy, ja uzbierałem 250, więc mogłem sobie na nią pozwolić. Swoja drogą, reszty pieniędzy już nie zobaczyłem. Był piękny słoneczny majowy dzień, gdy wyszedłem z domu i zobaczyłem mojego tatę odkręcającego błotniki i bagażnik. Wtedy dopiero wyglądała jak prawdziwa kolarzówka z moich snów. Jeździłem ze starszym kolegą, codziennie przejeżdżaliśmy około 10 kilometrów, wciąż się ścigając. Nie było wtedy komputerów, więc dzieciaki każdą wolną chwilę spędzali na dworze. My na rowerze. Dwa lata później, gdy byłem w czwartej klasie podstawówki, dowiedziałem się o gminnym wyścigu i chciałem spróbować swoich sił. Startowałem z dzieciakami z piątej i szóstej klasy, a w tym wieku jest to ogromny przeskok, nie miałem więc prawa dostać się do czołówki, a co się okazało...wygrałem. Był to mój pierwszy w życiu wyścig. Jak się trener dowiedział, z którego jestem rocznika, automatycznie zapisał mnie do swojego klubu. To był mój pierwszy w życiu prawdziwy sukces. Ostatnio, będąc zaproszonym przez powiat toruński na imprezę sportową z okazji dziesięciolecia powiatu, zaprezentowałem publiczności dyplom i piłkę, którą wygrałem właśnie w tamtym wyścigu. Tak się złożyło, że była to dokładnie, no może dwa dni wcześniej minęła, 21. rocznica tego wydarzenia, a zarazem mojej kariery. Pamiętam, że wygrałem wtedy jeszcze kalendarz z postacią Andrzeja Mierzejewskiego, dobrego wówczas kolarza, a tą piłkę mam do dzisiaj i dbam o nią niesamowicie z nadzieją, że wytrzyma jeszcze kilka lat.

A co nakierowało Cię  na kickboxing? Miałeś jakieś  autorytety?

Tak jak chyba wtedy wszyscy chłopcy w moim wieku – Bruce Lee, Van Damme, Seagal...

Zafascynowanie bohaterem, sztuką  walki było ogromne. Kto by nie marzył, by być takim jak Bruce? Miałem kolegę, który był fajnie zbudowany i też walczył w kickboxingu i zawsze chciałem być taki jak on. Po maturze w szkole mistrzostwa sportowego, gdzie o absolwentów się nikt nie troszczył, rozmawiałem z grupą CCC Polsat, pierwszą polską grupą zawodową w kolarstwie, i już mieliśmy podpisać kontrakt, ale zdecydowałem się jednak na studia dzienne. Chciałem się skupić na nauce, a że miałem klasę  mistrzowską, mogłem iść na wszystkie studia bez egzaminu i tak też zrobiłem. Podczas studiów na treningach byłem trzy, może cztery razy. Po miesiącu zaczęło mi ich brakować i wtedy postanowiłem zmienić dyscyplinę. Postawiłem na kickboxing. Wiedziałem, że jest dobry klub we Wrocławiu i postanowiłem tam pójść, spróbować, najwyżej dostane parę razy po łbie i mi się odechce. Ale że byłem wytrzymały i zawzięty, zostałem. Musiałem tylko popracować nad tężyzną fizyczną i techniką. Inni trenowali dwa, trzy razy w tygodniu, ja – sześć.

Miałem kolegę w akademiku, który trenował kiedyś kickboxing i pomagał mi w zdobywaniu umiejętności. Po półtora roku błagałem trenera, żeby zabrał mnie na zawody do mojego rodzinnego Torunia i tam, wstępując do klubu, wpadłem na ring. Później już miałem otwartą furtkę na wszelkie zawody. Do 2004 roku cały czas byłem w strefie medalowej, ale nigdy nie zdobyłem w poważniejszej imprezie złotego medalu. Dopiero od 2004 roku wygrywałem, miałem okres zwątpienia, ale zdecydowałem się jednak wystąpić  w tamtym sezonie. Zmieniłem oczywiście tryb treningów, sam zacząłem trenować. Miałem spore doświadczenie z kolarstwa, więc wiedziałem, jaki etap ćwiczeń w danym dniu powinien zostać zrealizowany. I tak to się właśnie zaczęło, że zacząłem wygrywać wszystkie walki. Później zdobyłem Międzynarodowy Puchar Polski. Była to międzynarodowa impreza i na siedmiuset zawodników to właśnie ja otrzymałem puchar najlepszego zawodnika turnieju, co było dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Uwierzyłem wtedy mocno w siebie i od tamtej pory udaje mi się wygrywać niemal wszystkie walki. Zawodowych stoczyłem piętnaście, w tym czternaście wygranych i tylko jedna przegrana, a z amatorskich chyba trzy przegrane na sto dwadzieścia.

Rodzice przychodzą  na Twoje walki?

Mama nie była na ani jednej walce, nie obejrzała też żadnej, chyba że wiedziała, że zdobyłem jakiś ważny tytuł, wtedy ewentualnie decydowała się na powtórkę. Zawsze ma do mnie pretensje, dlaczego pobiłem kolegę, a ostatnio o to, dlaczego tak mało się uśmiecham, wychodząc na ring. Natomiast mój tato od jedenastu lat nie opuścił żadnego starcia w kraju. Gdy walczę za granicą, wtedy już nie jedzie. Jest gotów przejechać czterysta, pięćset kilometrów po to, by być ze mną. Czasem, gdy przegram, nawet na jedną walkę. Bez względu na porę roku. To czyni go moim najwierniejszym kibicem. Rodzice od zawsze inwestowali we mnie wielkie pieniądze, byłem ich największą nadzieją w sporcie i mam nadzieję, że spełniłem ich oczekiwania.

Mama woli kolarstwo...

Zdecydowanie. Nie ma nic wspólnego między kolarstwem a kickboxingiem. Są zupełnie inni ludzie – ci na rowerach to dżentelmeni, ci na ringu to osoby pragnące tylko bić, walczyć i wygrywać. Są to często chłopaki z ulicy, którzy całe życie walczyli o swoje i przenoszą te doświadczenia na ring. Ale zwykła siła często nie wystarcza, czasem, oprócz stosowania mocnych ciosów, trzeba myśleć i to ich gubi, wtedy pałeczkę przejmuję ja!

Co najbardziej Cię  fascynuje w kickboxingu?

Albo zadawanie ciosów albo ich unikanie. Nie wiem co bardziej...Chyba zadawanie.

A co jest najgorsze w tym sporcie?

Nie same treningi, jakby się mogło wydawać, ale wieczne zbijanie wagi i stosowanie diety. Podbiłem trzy kategorie wyżej, ale mimo to muszę zrzucić od siedmiu do dziesięciu kilogramów. I to jest najgorsze. Jak jestem na diecie, to nie wolno mi spożywać cukru, a on, jak wiadomo napędza hormon szczęścia w organizmie. Wówczas inaczej patrzymy na świat, a gdy tego cukru nie ma, człowiek staje się nerwowy, wszystko potrafi zdenerwować i to odbija się na moim życiu rodzinnym. Jestem wtedy dużo słabszy, nerwowy i...głodny.

Jak trafiłeś  do Wołowa?

Gdy byłem dziewiętnastolatkiem, należałem do kadry narodowej seniorów w kolarstwie. Naszym głównodowodzącym był profesor z Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Strasznie mnie namawiał, żebym zdecydował się na studia we Wrocławiu. Znałem to miasto, podobało mi się, więc długo nie musiał mnie namawiać. Prowadziłem intensywne życie studenckie, pilnie się uczyłem... Pewnego wieczoru wybrałem się ze znajomymi na dyskotekę, gdzie poznałem cudowną dziewczynę. Mieszkanka Wińska, miejscowości położonej nieopodal Wołowa. Gdy usłyszałem ta wdzięczną nazwę jej rodzinnego miasteczka, zacząłem się śmiać i pomyślałem, że muszą tam mieszkać bardzo ciekawi ludzie. Zakochałem się, przyjechałem do owego Wińska i faktycznie mi się tu spodobało.

Mimo wszystko mieliśmy plany mieszkać u mnie, pod Toruniem. Z moim rodzinnym miejscem wiązałem plany na przyszłość, poza tym, jako jedyny syn, nie chciałem zostawiać rodziców. Ale potoczyło się tak, że zaproponowano mi pracę w gimnazjum w Wińsku jako nauczyciel wychowania fizycznego, więc ustaliliśmy z żoną, że trochę pouczę i przeniesiemy się do mnie. Nie szukałem stałej pracy, bo chciałem odetchnąć po studiach. Zdanie zmieniłem, gdy na jednym z festynów poznałem dyrektora Zakładu Karnego w Wołowie, Marka Gajosa. Zaproponował mi pracę i...dlaczego miałem nie spróbować? Zawsze chciałem być policjantem, a ta posada daleko od mojego zamysłu nie odbiegała. I tak zostałem w Wołowie. Po kilku latach mieszkania z teściami postanowiliśmy wybudować się całkiem niedaleko nich, bo w sumie za ogrodzeniem, i tak sobie żyjemy.

Niedawno zacząłeś  prowadzić indywidualne treningi. Masz dużo chętnych?

Nie, na razie jest ich mało, bo to dopiero początek. Nie reklamowałem się też specjalnie, bo na razie skupiam się na walkach, które toczę. Jeśli ktoś zadzwoni, chętnie się umawiam i uczę. Jednak priorytetem są dla mnie walki. Wiadomo, jeśli toczą się na żywo, nie chcę dać ciała, więc muszę być dobrze przygotowany. Będę walczył 13 marca w Wołowie o pas Międzynarodowego Mistrza Polski po zmianie kategorii wagowej – o trzy kategorie poszedłem wyżej – i to będzie moja ostatnia walka. Takie mam plany...

Kończysz karierę?

Tak. Z tego względu, że chcę  więcej czasu poświęcić rodzinie. Jestem też wyniszczony. Kickboxing nie jest sportem typu kolarstwo, gdzie, gdy nie masz siły, to po prostu przestajesz i nic Ci nie grozi. Tu, jak nie masz siły, ambicja nie pozwala Ci uciec z ringu, musisz walczyć do końca, jak nie ma siły, nie ma nic. Wtedy to odbija się na zdrowiu. Miałem tak podczas mistrzostw Polski, gdy połamałem rękę. Włożono mi druty, ale byłem tak napalony na mistrzostwa Europy, że zaraz po zdjęciu drutów pojechałem walczyć. Wygrałem trzy walki i podczas jednej z nich zadałem mocny cios i wszystko mi strzeliło od nowa. Walczyłem dalej z połamaną ręką. Wygrałem, ale mam problemy zdrowotne do dziś. Gdy przygotowuje się do walk, jest tydzień przed, jestem osłabiony dietami i każde mocne uderzenie powoduje odnawianie się kontuzji. Tak było w Płocku w 2009 roku. Była to moja największa porażka... Skończyła się moją przegraną, rozciętym językiem, złamanym nosem i kością śródręcza oraz zerwanym ścięgnem przedramienia.

Będziesz konsekwentny w tym, aby 13 marca odbyła się już  naprawdę Twoja ostatnia walka?

Tak, chociaż Polsat Sport i organizatorzy gali boksu w Wołowie, Wojak Boxing Night, już kilkakrotnie proponowali mi współpracę. Jestem z nimi wstępnie umówiony na 20 marca, na gali w Strzelcach Opolskich, gdzie jeśli rzeczywiście dałoby się zarobić porządne pieniądze, jestem w stanie podpisać kontrakt na trzy, cztery walki, ale na pewno nie więcej.

Za granicą  masz szansę na konkretne pieniądze, dlaczego więc tam nie spróbujesz?

Proponowano mi wyjazd do Holandii. Mógłbym tam trenować, toczyć walki i próbować wygrywać, ale musiałbym zostawić rodzinę i pracę, w której również osiągam sukcesy i mogę osiągnąć ich jeszcze więcej, a utrata tego wszystkiego nie jest warta tych pieniędzy. Sport jest dla mnie przede wszystkich pasją a nie sposobem na zarobek, jest to cały czas dodatkowe zajęcie, a nie odwrotnie.

Czym więc będziesz się  zajmował po ostatniej walce?

Przede wszystkim rodziną. Poza nią czymś na pewno, bo całe dotychczasowe życie jestem aktywny. Rower stoi w garażu, motor z reszta też... Na pewno będę  biegał. Jestem też zafascynowany siłownią. W październiku 2009 roku zdobyłem międzynarodowe uprawnienia na egzaminie we Francji i szkolę teraz wszystkie rodzaje służb mundurowych, od policji, przez straż graniczną i służbę więzienną. Będę się więc rozwijał w tym kierunku.

Czego tam uczysz?

Skupiam się na odparciu bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia.

Czyli samoobrona.

Jest to przede wszystkim technika bardzo prosta, wykonalna przez wszystkich, no i oczywiście skuteczna. Nieważne jak to nazwiemy, najważniejsze, żeby było skuteczne. Możemy to ładnie nazwać „samoobrona”, żeby nie ukazywać bardziej brutalnego nazewnictwa mojej sztuki walki.

Koniec kariery to tylko i wyłącznie Twoja decyzja czy presja ze strony rodziny?

Chyba bardziej presja. Ja bym mógł walczyć do końca życia i jeszcze dłużej. Nie no, może trochę dojrzałem, zacząłem poważnie o tym myśleć. Jak wspomniałem, gdybym na tym zarabiał na tyle, by mieć tą satysfakcję, że stać mnie na rozmaite rzeczy, które mogę zapewnić rodzinie, to byłoby inaczej. A na razie poświęcam się w pełni treningom kosztem mojej rodziny, co jest bardzo bolesne. Chyba dojrzewam...

Chciałbyś, aby córki poszły w Twoje ślady?

Broń Boże! Żaden boks, żadne walki! Na pewno będą wyszkolone, bo już się  ze mną boksują. Starsza córka potrafi już porządnie kopnąć, młodsza zakłada rękawice i bije mnie po czole. Chciałbym, żeby tańczyły, śpiewały, coś kobiecego. Ja, gdybym nie boksował i nie jeździł na rowerze, z pewnością bym tańczył.

Moje ostatnie pytanie – boisz się ostatniej walki?

Troszkę. Troszkę, bo...tylko głupiec się nie boi. Zawsze jest trema, a teraz najgorsza jest ta presja. Jakby nie było, walczysz u siebie. To będzie moja ostatnia walka i nastawiam się na wygraną, to znaczy chciałbym z niej wyjść jako wygrany a nie jako przegrany, bo każdy pamięta mimo wszystko ostatnie stracie. Nikt nie będzie pamiętał, że jestem Mistrzem Świata, nikt nie będzie pamiętał o innych moich tytułach. Każdy zapamięta ostatnią walkę, jak dostanę mocno po kościach. Odpukać!!!

Życzę powodzenia i spełnienia swoich oczekiwań.

Nie dziękuję.



Małgorzata Linkiewicz